CHINY-HONGKONG-DUBAJ

 2025 r.

W tym roku polowaliśmy na bilety do Japonii, ale były bardzo drogie. Pewnie dlatego, że kraj ten stał się ostatnio bardzo modny, a dodatkowo w Osace odbywała się wystawa Expo. Musieliśmy więc poszukać alternatywy. Padło na Chiny, w których już co prawda byliśmy, ale tylko przejazdem. Tej decyzji sprzyjał fakt, że Chińczycy akurat zawiesili wizy, co upraszało sprawę wjazdu.

14 sierpnia lecimy z Warszawy do Pekinu, z przesiadką w Abu Dhabi – dobrymi liniami Etihad, więc samoloty są duże i wygodne. Następnego dnia rano lądujemy na lotnisku Daxing, gdzie załatwiamy karty SIM (150 RMB/50GB/15 dni, 1 RMB=0,5 zł) i wypłacamy trochę miejscowej waluty. Potem jedziemy pociągiem lotniskowym do stacji przesiadkowej metra Caoqiao, a następnie linią nr 10 (w Pekinie jest 27 linii metra!) do stacji Jinsong , przy której mamy wynajęte mieszkanie Beijing Fudun Movie Theme Apartment. Mieści się na 22 p. w budynku, w którym... nie ma niektórych pięter. Chińczycy są podobno przesądni. Jak na tutejsze standardy jest obszerny – mamy 2 pokoje i salon. Karaluchy widzimy tylko na parterze. Przez sporą część dnia odsypiamy podróż, a potem idziemy na zakupy i na kolację do pobliskiej knajpy Kung Fu na pierwsze chińskie jedzenie.

Następnego dnia jedziemy na Wielki Mur Chiński do Mutianyu. Najpierw metrem do stacji Dongzhimen, a potem autobusem nr 916 do miejscowości Huairou Beidajie. W Chinach sporym wyzwaniem jest płacenie za transport, usługi czy jedzenie. Mało kto używa gotówki, za to powszechne są aplikacje w telefonie – WeChat i Alipay. Dość szybko ogarniamy, jak to działa, ale czasami... nie działa. Aplikacje się wieszają albo brakuje zasięgu internetu. A propos – żeby korzystać tu z zachodnich stron, typu FB czy Google, trzeba mieć zainstalowanego VPN, bo chiński rząd cenzuruje internet. Mieliśmy dwa (VPN.ac i Leaf), ale i one nie zawsze działały. Google Maps się nie sprawdza, lepsze są chińskie mapy Baidu.

Gdy czekamy na autobus w kierunku muru, podchodzi do nas gość, proponując płatny przejazd jego autem. Przy pomocy translatora, którego się tu powszechnie używa (praktycznie nikt nie mówi po angielsku) zbijamy cenę na 50 RMB i jedziemy w górę krętymi drogami. Strumieniami płynie nimi woda, bo niedawno była ulewa. Na miejscu okazuje się, że właśnie z jej powodu interesujący nas odcinek muru został dziś zamknięty. Nie możemy odpuścić tej atrakcji, dlatego dogadujemy się z facetem, że za 150 RMB zawiezie nas na inny odcinek, do Huanghuacheng, a potem przywiezie z powrotem. W sumie wyszło na dobre, bo ten fragment muru został odrestaurowany dopiero niedawno, przez co nie jest zbyt popularny, dlatego jest tam bardzo mało ludzi. Mur wije się na górskiej grani, a po drugiej stronie jest super widok na jezioro. Mimo ogromnego upału jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, spełniliśmy jedno z marzeń! Zmęczeni wracamy na przystanek autobusowy w Huairou Beidajie, skąd jedziemy autobusem 916 do Pekinu. Wieczorem jemy dobre zupy i placki z knajpki koło naszego metra.

Następnego dnia jedziemy metrem na Plac Tiananmen. Niestety, jest zamknięty, bo odbywa się na nim próba defilady wojskowej z okazji zakończenia II Wojny Światowej (nad placem przelatują różne samoloty wojskowe). Naszym głównym celem jest dziś Zakazane Miasto. Nie udało nam się wcześniej kupić biletów, więc idziemy z obawą (i z wielkim tłumem; tłumy to znak rozpoznawczy Chin) w kierunku kas. Po godzinnym oczekiwaniu w kolejce udaje się. Co ciekawe, praktycznie wszystkie bilety są tu kodowane, a wejściówką jest zeskanowany paszport.

Zakazane Miasto to dawna cesarska rezydencja z XV w. Zajmuje ogromny teren, na którym jest ok. 800 pałaców i różnych pawilonów. Kompleks robi duże wrażenie, choć zwiedzanie go w temperaturze bliskiej 40ºC nie jest łatwe. Po wyjściu kupujemy pyszne placki nadziewane mięsem i idziemy odpocząć do Parku Jingshan, w którym jest wzgórze z super widokiem na Zakazane Miasto. Potem jeszcze raz idziemy na Plac Tiananmen, ale nie udaje się tam wejść. Wracamy więc do domu, na kolację w knajpie Kung Fu.  

 Nasz kolejny cel to miasto Xi’an, położone ponad 1000 km na południowy zachód od Pekinu. Żeby tam dotrzeć, jedziemy dwoma liniami metra na dworzec zachodni, który jest większy niż niejedno lotnisko. Podobnie jak na lotnisku wyglądają też procedury – kilkukrotnie sprawdzane są bagaże, a na check-in czeka się w poczekalni. Bilet na superszybki pociąg kosztuje ok. 350 zł/os., ale jedzie się komfortowo i błyskawicznie – całość zajmuje ok. 4 h, a pociąg jedzie często ok. 350 km/h!

Po dotarciu do Xian jedziemy metrem nr linii 2 do stacji Yongningmen, gdzie mieści się nasz apartament o nazwie Ban Xia Sunshine Hotel. Tu mamy już mniej miejsca, ale są 2 pokoje i aneks kuchenny, więc jest ok. Tego dnia oglądamy jeszcze zabytkowe mury miasta, które było kiedyś stolicą Chin, dwie zabytkowe wieże – Bell i Drum Tower, dzielnicę muzułmańską z bardzo jarmarcznym deptakiem i wielki meczet. Wszędzie rozstawione są kramy z jedzeniem, bo Chińczycy uwielbiają jeść. Inaczej niż u nas – na śniadania, obiady i kolacje je się zupy. Takie buliony z wrzuconym mięsem, makaronem i zieleniną (np. szczypiorkiem i kapustą pak choi). Niestety dla nas, to mięso to są często podroby, skóry, kości, łby itp. Bleee. Mówi się, że Chińczyk je wszystko, co ma cztery łapy i nie jest stołem. Widzieliśmy kozie, kacze i kogucie łby, mięso z psa, węże, żaby, ślimaki, salamandry, jądra, kopyta, kurze łapki pod każdą postacią itp. Pomiędzy posiłkami jedzą zupki chińskie, które w supermarketach zajmują ogromną przestrzeń. Są nawet food trucki z chinolami! Dużą popularnością cieszą się też rozmaite pierożki, które akurat nam smakują.

Największą atrakcją miasta jest Terakotowa Armia, gdzie jedziemy następnego dnia taksówką, zamówioną przez aplikację Didi (53 RMB). Na miejscu znów ogromne tłumy, na szczęście bilety kupiliśmy wcześniej przez internet. Ale i tak musimy odstać swoje w ogromnym upale w kilku kolejkach, gdzie sprawdzane są bagaże i bilety. Armia robi wrażenie – w trzech pawilonach ustawione są figury żołnierzy (i koni oraz pozostałości rydwanów), którzy mieli strzec po śmierci pochowanego w pobliżu pierwszego cesarza Qin. Dotychczas odkopano ponad 8 tys figur naturalnej wielkości – każda z nich ma inne rysy twarzy, pracowało przy nich 700 tys. osób! Potem zwiedzamy jeszcze muzeum, jemy tutejsze tradycyjne zupy z grubym makaronem i jedziemy shuttle busem do pobliskiego mauzoleum. Powrotne taxi do Xi'an kosztuje nas 105 RMB.


Następnego dnia ruszamy dalej na południe. Najpierw metrem nr 2 do North Railway Station, a stamtąd linią 14 na lotnisko Xi'an, skąd mamy lot do Zhangjiajie. Ciekawostką jest to, że poczęstunkiem na pokładzie jest zielona i czarna herbata. Po wylądowaniu widzimy obok lotniska majestatyczne góry, w tym górę Tianmen z wielkim skalnym oknem. Niestety, nie dolatuje z nami jedna z naszych walizek, więc sporo czasu zajmują nam formalności z tym związane (oczywiście na lotnisku nikt nie mówi po angielsku). Jedziemy taksówką za 50 RMB do miejscowości Wulingyuan, do naszego hotelu Yijingju Humanistic Inn. Jest bardzo fajny, a właścicielka dokładnie tłumaczy nam, jak najlepiej zwiedzać znany z filmu „Avatar” Zhangjiajie National Forest Park. Wieczorem idziemy jeszcze na zakupy i kolację w ulicznej knajpce, w której siedzi się na miniaturowych stołeczkach. Zamiast spać, pół nocy czekamy na kuriera z zagubioną walizką, którą udało się dostarczyć kolejnym lotem.

O świcie półprzytomni idziemy ok. 15 min. pod wschodnią bramę parku. Tam wsiadamy w shuttle bus, który dowozi nas pod windę Bailong, najwyższą tego typu zewnętrzną konstrukcję na świecie (326 m). Jest przyklejona do pionowej skały, a widok przez szklane drzwi robi mega wrażenie. Na górze jest niesamowicie. Na tym obszarze jest kilka tysięcy skalnych kolumn o wysokości kilkuset metrów, które ogląda się chodząc po drewnianych i kamiennych kładkach zlokalizowanych na krawędzi skał. Tu można się zmierzyć z lękiem wysokości! Najpierw oglądamy rejon Yuanjiajie, potem Yangjiajie, gdzie wsiadamy w zawieszoną na ogromnej wysokości kolej linową. Na koniec jedziemy busem w region góry Tianzi, skąd przejeżdżamy z naszego wyjścia z parku. Wieczorem jemy bardzo tanią kolację, 50 RMB/4 os.

Następnego dnia rano jedziemy taxi za 50 RMB do zachodniego wejścia do parku, skąd wjeżdżamy na górę kolejką linową, gdzie jest jeszcze piękniejsza i mniej zatłoczona trasa Huangshi. Następnie prawie pionową koleją linową zjeżdżamy na kilkukilometrowy szlak Golden Whip Stream. Tu atrakcją jest możliwość oglądania skalnych kolumn od dołu i podziwianie setek małp, które żyją sobie na wolności.  



Kolejnego dnia wcześnie rano jedziemy taxi za 72 RMB na dworzec kolejowy w Zhangjiajie. Tam znów tłumy i szczegółowa kontrola (nie dajemy sobie zabrać scyzoryka, który jest skrupulatnie mierzony). Znów jedziemy na południe, do Guilin. Po 7 godzinach przesiadamy się do pociągu do Yangshuo, a potem do taksówki, która za 100 RMB, w ogromnym korku, zawozi nas położonego 22 km dalej miasta.

Tu nasz hotel, Jasper International, jest już mniej wygodny, bo mamy tylko jeden pokój. Ale wybraliśmy go wyłącznie ze względu na położony obok basen (płatny dodatkowo 20 RMB/os.), na który idziemy od razu po przyjeździe. Okazuje się, że korzystają z niego mieszkańcy pobliskiego zamkniętego osiedla, a my jesteśmy jedynymi białasami, więc stanowimy nie lada sensację. Wieczorem mamy jeszcze tylko siłę na kolację w położonej naprzeciwko restauracji.

Yangshuo słynie z tego, że jest położone na rzeką Li, która meandruje pomiędzy ogromnymi mogotami – krasowymi ostańcami, których są tu tysiące. Po typowo chińskim śniadaniu w hotelu (zupa, pierożki i ryż) płyniemy po tej rzece bambusową tratwą (90 RMB/os.), skąd mamy ekstra widoki. Po rejsie idziemy na zakupy i basen, a potem na kolację, która z kolei była najdroższa na całym wyjeździe (520 RMB). Zaserwowano nam tutejsze przysmaki, czyli beer fish, zupę ze świeżymi ogórkami i hit, czyli podany w wydrążonym bambusie wywar, w którym były wszystkie części kogutów, w tym głowy z dziobami i pióropuszami, wnętrzności itp. Obrzydlistwo!

Kolejnego dnia jedziemy taxi (70 RMB) do pobliskiego miasteczka Xingping. Ma starą zabudowę, mnóstwo straganów, ale największą atrakcją jest ikoniczny widok nad rzeką, który uwieczniony jest na banknocie o nominale 20 (20 yuan view). Ciekawostką są tu też kormorany, które rybacy wykorzystują do połowów ryb. Po powrocie taxi do Yangshuo idziemy na basen, a wieczorem udajemy się na tutejszy deptak, West Street, gdzie są nieprzebrane tłumy.

Następnego dnia po śniadaniu idziemy na basen i masaż, a potem wypożyczamy rowery (20 RMB/os.), którymi robimy super trasę po okolicznych wioskach położonych między mogotami, nad mniejszą rzeką Yulong, z widokiem na Moon Hill, czyli kolejną górę ze skalnym oknem.



Ostatniego dnia w Yangshuo idziemy na krótki spacer, a potem jedziemy taxi na dworzec kolejowy, skąd mamy pociąg do Shenzen, gdzie docieramy po niespełna 3 godz. Tam na ogromnym dworcu przesiadamy się na szybki pociąg do Hongkongu – miasta-państwa, które forlanie jest już chińskie, ale wciąż ma dużą autonomię. Ludzie ubierają się tu dużo swobodniej, jest mnóstwo obcokrajowców, a internet nie jest ocenzurowany. Podwójna kontrola celna i paszportowa na stacji HK West Kowloon zajmuje nam mnóstwo czasu. Dlatego do naszego hostelu, K&B, docieramy pieszo już po ciemku. Jest świetnie położony, w samym centrum dzielnicy Kowloon, ale dostajemy masakralnie malutki pokoik. Atmosferę psuje też ogromny karaluch, którego Ola znajduje pod podeszwą sandała. Po zostawieniu bagaży (w pokoju nie da się ich nawet normalnie otworzyć!) idziemy jeszcze na pobliski market na Temple Street, a potem na super kolację do knajpy tybetańskiej.

Następnego dnia udaje nam się zmienić pokój na nieco większy, który ma przynajmniej normalne okno. Jedziemy metrem na stację Admiralty, a potem wsiadamy w piętrowy autobus nr 15, który bardzo krętą drogą zawozi nas na szczyt wzgórza Victoria. Jest tu centrum handlowe z bezpłatnym tarasem widokowym, z którego podziwiamy panoramę Hongkongu. W tym ponad 7-mln mieście jest podobno najwięcej wieżowców na świecie (ponad 7,7 tys. z czego ponad 112 ma powyżej 180 m). Zjeżdżamy na dół autobusem nr 15, spacerujemy po dzielnicy biznesowej wśród drapaczy chmur, a potem wracamy na Kowloon.

Kolejnego dnia chcemy trochę odpocząć od tego zgiełku – jedziemy metrem do stacji Tung Chung na wyspie Lantau, skąd mamy autobus nr 11 prosto na plażę Lower Cheung Sha Beach. To niesamowite, że w ciągu godziny z betonowej dżungli dostajemy się na praktycznie pustą plażę otoczoną zielenią, po której spacerują sobie bawoły. Chillujemy sobie kilka godzin – woda jest ciepła, ale są glony. O rekinach ostrzegają stosowne tablice. Późnym popołudniem wracamy do hostelu, a wieczór spędzamy z Asią z Polski, która aktualnie mieszka w Shenzen. Idziemy do tybetańskiej knajpy, a potem piwkujemy w jednym z parków.

Ostatniego dnia zwiedzamy blok Chungking Mansions (wygląda ponoć tak, jak przed wyburzeniem słynne osiedle slumsów Kowloon Walled City), darmowe muzeum sztuki, deptak z pomnikiem wychowanego tu Bruce'a Lee i park Kowloon, w którym – ni z tego, ni z owego – mieszkają sobie flamingi. Hongkong jest naprawdę ciekawy! Potem jemy jeszcze w knajpie pierożki dim sun, a wieczorem jedziemy pociągiem do stacji Shenzhen Futian, a następnie metrem linii 11 na lotnisko, skąd mamy lot do Dubaju.


S
pecjalnie wybraliśmy lot do Polski z kilkunastogodzinną przesiadką w tym mieście, żeby zobaczyć najważniejsze miejscówki. Przylatujemy przed 4 rano, więc jesteśmy półprzytomni. Po toalecie na lotnisku instalujemy w telefonach karty SIM, które rozdają tu turystom za darmo pogranicznicy:) Okazuje się, że tego dnia (niedziela) metro zaczyna jeździć później, więc bierzemy taxi (ok. 70 zł) pod nasz cel nr 1, czyli Burj Khalifę, najwyższy budynek świata (828 m). Wcale niełatwo się tu dostać, bo wchodzi się przez Dubai Mall (oczywiście też największe na świecie centrum handlowe), które jest jeszcze zamknięte. Po kilku próbach podjeżdżamy w końcu pod jakieś boczne wejście i pędzimy do wieży, żeby zobaczyć wschód słońca. Emocje są już wtedy, gdy błyskawicznie wjeżdżamy windą na 124 p. Potem jest jeszcze lepiej – widok z takiej wysokości na okolice przy wschodzącym słońcu robi ogromne wrażenie.

Po zjechaniu na dół równo godzinę zajmuje nam przejście przez Dubai Mall na odpowiedni przystanek autobusowy, skąd planujemy się dostać na plażę Jumeirah. Niestety, w autobusie nie da się kupić biletu, więc jedziemy taxi (30 zł – wbrew pozorom, w Dubaju nie jest kosmicznie drogo). Mimo wczesnej pory upał jest niemiłosierny, jest ok. 45ºC. Woda jest gorąca, a z plaży widać słynny hotel Burj Al Arab. Po kąpieli jedziemy do pobliskiej restauracji Amber Grill, gdzie jemy super arabski obiad. Stamtąd łapiemy taxi (25 zł) do najbliższej stacji metra Bussines Bay. Robimy jeszcze zakupy w supermarkecie, a potem jedziemy metrem na lotnisko. Pociąg jest naziemny, więc możemy jeszcze zerknąć na efektowne Museum of The Future i Dubai Frame, czyli budynek wyglądający jak rama obrazu. Dubaj stawia na nietypowe atrakcje, bo dochody z ropy prędzej czy później się skończą.

Z wielkiego lotniska odlatujemy do Warszawy i tak kończymy tę super podróż. Chiny są dość wymagającym krajemy dla turystów (bariera językowa, odrębne systemy płatności, utrudniony dostęp do internetu), ale w sumie było trochę łatwiej, niż się spodziewaliśmy. Kraj jest ogromny, strasznie zatłoczony, ale ma super zabytki i naturę (Zhangjiajie!!!). Jedzenie bywa dobre, ale trzeba uważać, żeby nie trafić na coś obrzydliwego;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz