MOŁDAWIA I NADDNIESTRZE 2025
W tym roku w okolicach Święta Niepodległości dało się wygospodarować trochę wolnego, więc postanowiliśmy polecieć do Mołdawii. Dawno temu, podczas wyjazdu do Ukrainy, próbowaliśmy się tam dostać od strony Naddniestrza, ale nas nie wpuścili, bo nie mieliśmy kasy na łapówkę. Ale czasy się zmieniły:)
8 listopada przed południem lecimy liniami Lot do Kiszyniowa. Po 1,5 h jesteśmy na miejscu – na lotnisku wypłacamy z bankomatu miejscową gotówkę, kupujemy kartę SIM (49 lei, 1 lej mołdawski to ok. 22 gr.) i ładujemy się do zapchanego trolejbusu nr 30, który jedzie do centrum miasta (40 min., 6 lei/os. – bilety sprzedaje w środku konduktor). Wysiadamy w samym centrum i idziemy ok. 15 min. do wynajętego mieszkania, zahaczając po drodze o informację turystyczna, gdzie dostajemy mapkę miasta. Mieszkanie jest dość małe, ale super położone, w pobliżu największych atrakcji stolicy Mołdawii.
Zostawiamy bagaże i ruszamy zwiedzać Kiszyniów. Najpierw oglądamy katolicką Katedrę Opatrzności Bożej, potem pałac prezydencki, który też wygląda jak kościół, ale nowoczesny, parlament, operę i park z Aleją Klasyków. Akurat jest tu jakaś potańcówka, więc przyglądamy się zabawie miejscowych. Oglądamy też z zewnątrz sobór św. Teodory z charakterystycznym niebieskim dachem, cerkiew św. Pantelejmona, łuk triumfalny i katedrę Narodzenia Pańskiego. Te zabytki nie są jakieś bardzo stare, powstały z reguły w XIX i XX w., ale wyglądają fajnie i są ciekawą atrakcją. A piszą, że w Kiszyniowie nie ma co oglądać;) Większość zabytków położona jest w pobliżu głównej ulicy miasta, bulwaru Stefana cel Mare, więc wszystko da się ogarnąć pieszo. Na koniec dnia zamawiamy lokalne jedzenie w polecanej przez wszystkich sieciowej restauracji La Placinte (smacznie i niedrogo) i robimy zakupy w supermarkecie Linella. Jest mniej więcej 20% taniej niż w Polsce, w sklepach jest trochę produktów z naszego kraju.
Następnego dnia rano idziemy do wypożyczalni Car4rent, gdzie wypożyczamy samochód – oczywiście Dacię. Koszt to ok. 100 zł/dzień, więc naszej czwórce bardzo się to opłaca. Jedziemy ok. 60 km do kompleksu historyczno-archeologicznego Orheiul Vechi, gdzie zwiedzamy bardzo malowniczą okolicę nad rzeką Reut. Najpierw stary cmentarz, a potem górujące nad rzeką wzgórzu zabytkową dzwonnicę, krzyż i monastyr. Następnie spacerujemy grzbietem wzgórza, a potem schodzimy do wsi Butuceni, gdzie zwiedzamy zabytkowe stare domy w niebieskim kolorze. Taki skansen w naturalnym środowisku. Potem idziemy znów do dzwonnicy na wzgórzu, pod którą jest prawdziwy hit – wykuty w skale monastyr. Robi na nas duże wrażenie. Wracamy do samochodu i jedziemy do kolejnej starej wsi, Trebujeni. Tam wspinamy się na zbocze tego samego wzgórza, ale od innej strony, żeby zobaczyć super jaskinie wykute w skale. Potem oglądamy jeszcze pozostałości starych fortyfikacji obronnych i w mgle i ciemnościach wracamy jakąś szutrową drogą do stolicy, na kolację do drugiej tutejszej sieciówki, Andys Pizza.
Następnego dnia jedziemy w drugim kierunku,a naszym celem jest winnica Milestii Mici. Jak wiadomo, Mołdawia słynie z win, a nasza winnica jest wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa, jako największa piwnica winna świata, z ok. 200 km podziemnych korytarzy, w których składowanych jest 2 mln butelek wina! Wstęp kosztuje 350 lei/os., a korytarze zwiedza się w wagonikach ciągniętych przez meleksa. Robi to duże wrażenie, bo pod ziemią ukryte jest całkiem spore miasto. Na koniec zwiedzania dostajemy 3 butelki miejscowego wina musującego.
Z winnicy postanawiamy jeszcze pojechać do monastyru Căpriana z XVI w., gdzie oglądamy zabytkową cerkiew, która jest jednym z najważniejszych zabytków w kraju. Co ciekawe, jesteśmy tam zupełnie sami.
Po południu wracamy do Kiszyniowa, nad jezioro Valea Moritor. Spacerujemy po okolicy, oglądamy m.in. pomnik Lenina, który jakimś cudem tu się ostał. Potem jedziemy jeszcze do monastyru Ciuflea z charakterystycznym złotym dachem i oddajemy samochód w wypożyczalni. Wieczorem znów jemy super kolację w La Placinte.
Kolejnego dnia czas na trochę adrenaliny – jedziemy do Naddniestrza. To separatystyczna część Mołdawii, która w trakcie upadku ZSRR wolała pozostać radziecka. Wyrwała „niepodległość” w latach 1990–1992 w wyniku wojny z Mołdawią, dzięki militarnemu wsparciu Rosji. Obecnie stacjonuje tu ok. 1500 ruskich, a we fladze kraju jest sierp i młot. Co ciekawe, terytorium to jest uznawane tylko przez Abchazję i Osetię Południową (a przez Rosję już nie), które też nie są uznawane prawie przez nikogo:))) Kraj ma swoją walutę – rubel naddniestrzański.
Idziemy na dworzec w Kiszyniowe, który mieści się koło targowiska Piața Centrală, przypominającego nasze z dawnych czasów. Wsiadamy w marszrutkę (56 lej/os.) i po niespełna 1,5 h jesteśmy na granicy. Są tu żołnierze (niektórzy z flagami Rosji), szlaban i kontrola paszportowa. Zamiast pieczątek dostajemy karteczki z informacją o przekroczeniu granicy.
Dojeżdżamy do stolicy, Tyraspola – wysiadamy w pobliżu głównej ulicy miasta, Strada 25 Octombrie. Oglądamy osobliwy pomnik elektrowni atomowej, socrealistyczny Dom Sowietów, wielki pomnik Lenina, pomnik z czołgiem oraz pomnik poległych z wiecznym ogniem. Centrum miasta wygląda jak skansen ZSRR. Przed pałacem młodzieży powiewają flagi Rosji i głównych miast Naddniestrza, a obok flagi Abchazji i Osetii Południowej. Jest też pomnik carycy Katarzyny i wielki pomnik Aleksandra Suworowa. W pobliżu jest też ciekawy park, koło którego zatrzymujemy się na kawę. Potem oglądamy jeszcze Sobór Narodzenia Pańskiego i jemy obiad w restauracji Back to USSR. Wszystko, łącznie z obsługą, wygląda tu jak przed kilkoma dekadami – są stare regały z kryształami, telefony, syfon, radzieckie mundury, popiersia Stalina etc. Dostajemy nawet ekstra po kieliszku ciepłej wódki:)
Po jedzeniu idziemy jeszcze – mijając ulice Lenina i Marksa – do lokalnego supermarketu sieci Sheriff. Firma ta praktycznie kontroluje tutejszą gospodarkę. Ma też stacje benzynowe, kantory czy słynny klub Sheriff Tyraspol. Już po zmroku jedziemy marszrutką z okolic dworca kolejowego (nieczynnego) do Kiszynowa, z krótkim postojem na granicy.
Ostatniego dnia idziemy jeszcze na krótki spacer, zobaczyć dom, w którym krótko mieszkał Aleksander Puszkin, a potem jedziemy na lotnisko trolejbusem. Po krótkim locie lądujemy w Warszawie. Było fajnie, Mołdawia jest spoko na krótki wypad:)












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz