KOSTARYKA-NIKARAGUA

2026 r.

Na te wakacje trudno nam było wziąć urlop w dogodnym dla nas terminie, a na dodatek konflikt na Bliskim Wschodzie skasował sporo fajnych połączeń lotniczych do Azji. Odwróciliśmy więc kierunek na zachód i udało nam się znaleźć w dobrej cenie loty do Kostaryki, które z reguły są drogie. Drogi jest też sam ten kraj, dlatego postanowiliśmy, że większość wyjazdu spędzimy w sąsiedniej Nikaragui. Wcześniej w Ameryce Środkowej byliśmy już m.in. w Belize, Gwatemali, Hondurasie i Panamie, więc teraz przyszedł czas na uzupełnienie.

20 czerwca wcześnie rano wsiadamy w samolot Lufthansy i już po 1,5h jesteśmy we Frankfurcie nad Menem, gdzie mamy 5h przesiadkę. Postanawiamy nie siedzieć na lotnisku, tylko skoczyć do miasta – pociąg z lotniska jedzie do samego centrum niespełna 20 min. Zwiedzamy deptak Ziel, gotycką katedrę św. Bartłomieja, plac ratuszowy Römerberg, kościół św. Pawła i dom J.W. Goethego, a potem wracamy na lotnisko.

Kolejny lot trwa już 12h, ale dzięki dwóm posiłkom, drinkom i filmom na telewizorkach jakoś mija. Najgorsze jest to, że po wylądowaniu w stolicy Kostaryki, San Jose, jesteśmy rozregulowani, bo tu jest 8h wcześniej niż w Polsce. Jeszcze tylko długa odprawa paszportowa, odbiór bagażu (prawie wszystko spakowaliśmy do podręcznych, ale w samolocie było mało miejsca, więc oprócz walizki nadaliśmy też plecak, który został uszkodzony), wymiana kasy w kantorze i idziemy na autobus do centrum, który kosztuje 760 colon/os. (1 tys. colon=8,2 zł) i jedzie ok. 45 min. Wysiadamy w pobliżu naszego hotelu Novo. Rano nie mogę spać, więc idę na miasto wypłacić kasę, kupić wodę i bilety na autobus (ok. 6 tys. colon/os.) na wybrzeże Morza Karaibskiego. San Jose robi słabe wrażenie, jest brudno, dużo bezdomnych i ochrony, która pilnuje nawet zamkniętych sklepów! Mieszkamy prawie w centrum, a nie ma tu kompletnie nic ciekawego do zobaczenia.

Po typowo kostarykańskim śniadaniu w hotelu (ryż z fasolą i jajka) idziemy z bagażami kupić kartę SIM i na dworzec autobusowy Terminal Atlántico Norte, żeby pojechać do Cahuity. Przed wejściem do autobusu okazuje się, że trzeba dopłacić za bilety, bo z powodu uszkodzenia drogi będziemy jechać okrężną trasą. Dziwne zwyczaje:) 200-km odcinek zajmuje nam prawie 6h, bo drogi są wąskie i zatłoczone. Kostaryka bywa nazywana środkowoamerykańską Szwajcarią. Może i jest bogatsza od okolicznych państw, na pewno 2 lub 3-krotnie droższa (litr wody kosztuje ok. 8 zł), ale naprawdę daleko jej do europejskich standardów. Miasta wyglądają jeszcze jako tako, ale pod nimi wielu ludzi mieszka w domkach skleconych z blachy.

Po dojechaniu na miejsce rozpakowujemy się w naszym miejscu noclegowym, Casas y Cabinas Los Tucanes. Jest super, jest tu kilka (pustych) domków otoczonych drzewami bananowymi, pomiędzy którymi biegają dzikie aguti – zwierzęta przypominające kapibary albo zające. Są też niestety karaluchy. Praktycznie do swojej dyspozycji mamy super basen. Chociaż nie, pewnego dnia wskazuje do niego spory legwan, strasząc dziewczyny:) Kilka minut od nas jest plaża Playa Negra, jak większość tu z czarnym piaskiem, z powodu okolicznych wulkanów. Tego dnia zaliczamy jeszcze kąpiel w Morzu Karaibskim i robimy zakupy w supermarkecie Super Negro, gdzie wrażanie robi wybór rumów.

Następnego dnia idziemy do parku narodowego Cahuita (dobrowolna opłata za wstęp, ale min. 5$/os.). jeszcze przed wejściem oglądamy na drzewie dwa leniwce, a potem małpy, kraby, ostronosy, legwana, szopa i żółtego jadowitego węża. Po powrocie plażujemy i chillujemy w basenie. Kolejnego dnia to samo:) 





Sielanka się kończy, wracamy autobusem do San Jose. Dojeżdżamy ok. godz. 21 i idziemy do tego samego hotelu Novo co wcześniej. Niestety, tym razem dostajemy głośny pokój bez okna, a pozostałe są zajęte, więc ruszamy na poszukiwanie czegoś innego. Miasto jest beznadziejne nawet za dnia, a w nocy to już w ogóle, jest wielu bezdomnych i dziwnych ludzi. Miejscowi ostrzegają nas, żeby się nie szwendać, bo jest niebezpiecznie. Postanawiamy więc przespać się w nie najlepszym hotelu Quinta Avenida (karaluchy i podejrzane typki), bo już o 5 rano musimy iść na autobus do Granady w Nikaragui.

Nasz Tica bus odjeżdża o 6, ale sporo czasu zajmuje papierologia, bo to przejazd międzynarodowy. Na granicy idzie sprawnie, choć śmieszą niektóre formalności, jak np. konieczność zapłacenia po 1$/os. za wejście do budynku kontroli granicznej po stronie nikaraguańskiej, do tego 8$ za wyjazd z Kostaryki i 13$ za wjazd do Nikaragui. Tam jest wyraźnie biedniej, niektóre wioski przypominają te w Afryce. Cała podróż zajmuje nam 12h, ale trzeba przyznać, że warunki w autobusie są ok – jest toaleta, klima (Ola się od niej przeziębiła), a nawet telewizorki.

W Granadzie wita nas ogromna ulewa, ale dość szybko przestaje padać – akurat gdy idziemy pieszo do naszego hotelu Casona Macondo. Miasto bardzo przypomina kubański Trynidad. Określane jest perłą architektury kolonialnej – jest tu dużo parterowych, kolorowych domów w stylu hiszpańskim, krytych czerwoną dachówką. Turystów jest znacznie mniej niż w Kostaryce, więc stanowimy pewną atrakcję. Tego dnia robimy jeszcze zakupy z pobliskim supermarkecie Pali i kąpiemy się w hotelowym basenie.

Następnego dnia idziemy na miejscowy targ, potem dziewczyny wchodzą na dach kościoła Iglesia de la Merced, skąd widać super panoramę miasta, następnie zwiedzamy kościół Xalteva i ciekawy niebieski kościół neogotycki oraz muzeum rewolucji, które mieści się w dawnym forcie. Nikaragua ma podobną do Kuby nie tylko architekturę, ale też historię – ich wrogiem są USA, które już kilka razy próbowały ingerować w wewnętrzne sprawy tego kraju. Obecnie krajem rządzi Daniel Ortega, przywódca Sandinistowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FSLN), sojusznik Chin i Rosji, który przez Amerykanów uznawany jest za dyktatora. FSLN chwali się natomiast we wspomnianym muzeum, jak wiele osób wydobył z biedy, analfabetyzmu, wprowadził darmową edukację itp. Sielanki tu nie ma, ale na pewno nie jest tak biednie jak na Kubie. Przykładem dwa duże supermarkety, które potem odwiedzamy – są bardzo dobrze zaopatrzone, choć oczywiście nie sposób tu kupić dobrego chleba czy wędliny. Po zakupach postanawiamy się przejechać do centrum taxi (100 cordoba, 10 cordoba=1 zł), bo w Nikaragui jest często 30–50% taniej niż w Polsce, więc kontrast z bardzo drogą Kostaryką jest duży. Na deptaku dogadujmy się z miłym gościem, Manuelem prowadzącym firmę Ajtzalam Tour Isletas (polecamy!), że następnego dnia pojedziemy z nim na dwie wycieczki, za 150$ za wszystkich. Z komunikacją jest tu tak sobie, więc trudno było zorganizować coś samemu w zbliżonej kwocie. Tego dnia korzystamy jeszcze z hotelowego basenu, a wieczorem jemy lokalną kolację w garkuchni, która mieści się po prostu w jednym z pokojów prywatnego domu. Oczywiście w telewizji leci mecz piłkarskich MŚ. Mimo że ani Nikaragua, ani Kostaryka nie zakwalifikowały się do mundialu, wszyscy mają tu świra na punkcie piłki. 

Rano jedziemy pickupem nad jezioro Nikaragua, największe w Ameryce Środkowej. Jest położone w rowie tektonicznym, tuż koło wulkanu Mombacho. Słynie z żyjących tu rekinów żarłaczy, które przystosowały się do słodkiej wody. Naszym celem jest obejrzenie z łodzi części z setek wysepek, które zostały uformowane z lawy podczas erupcji wspomnianego wulkanu. Niektóre z nich są niezamieszkałe, inne zostały wykupione przez bogaczy z kraju i zagranicy. Na jednej z wysp zwiedzamy fort San Pablo, który powstał w celu ochrony przed piratami. Do Granady wracamy na odsłoniętej pace pickupa. To tutaj norma, jest bardzo mało samochodów osobowych, a ludzie przemieszczają się głównie na motorach, ewentualnie na pace samochodów ciężarowych, często razem ze zwierzętami, a także chickenbusami, czyli autobusami, które kiedyś woziły amerykańskich uczniów. Popularne są też tuktuki.

Po powrocie wskakujemy do basenu, jemy super obiad w meksykańskiej knajpie, a potem jedziemy z Manuelem na drugą wycieczkę, do wulkanu Masaya. Najpierw wchodzimy na jeden z jego wierzchołków, gdzie oglądamy fumarole, czyli zagłębienia w ziemi, z których wydobywają się gorące wulkaniczne wyziewy, a potem zachód słońca. Następnie wjeżdżamy samochodem na drugi wierzchołek, gdzie po zachodzie słońca i ustąpieniu wulkanicznych wyziewów odsłania się krater, w którym widać czerwoną lawę. Bardzo fajne przeżycie – to podobno jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można się tak zbliżyć do wulkanicznej lawy. 


Następnego dnia rano jedziemy z kierowcą od Manuela taksówką za 45$ do portu San Jorge po południowej stronie jeziora Nikaragua, skąd płyniemy promem na wulkaniczną wyspę Ometepe. I znów ciekawostka – za wejście do portu trzeba zapłacić 37 cordoba, a sam prom kosztuje 50 cordoba. Płyniemy na górnym pokładzie, a i tak jesteśmy oblewani wodą, bo fale są tu takie jak na morzu. Już z promu obserwujemy to, z czego słynie Ometepe – dwa majestatyczne wulkany, Concepción i Maderas, które wyglądają niesamowicie. Po godzinnym rejsie idziemy pieszo do naszego hotelu Hospedaje Soma, jedząc po drodze tradycyjny obiad w restauracji Tosca. Hotel jest super, jest tu tylko kilka domków otoczonych drzewami, hamaki i basen. Są wielki chrząszcze, oryginalne ptaki, a w pokoju mamy roje mrówek, jaszczurkę, Sarze na łóżku trafił się nawet mały skorpion. Tropiki!:)

Następnego dnia jedziemy za 15 cordoba/os. chickenbusem do rezerwatu Charco Verde (wstęp 5$/os.), gdzie – idąc wokół jeziora – oglądamy mnóstwo jaszczurek i małp, udaje nam się też zobaczyć kajmana. Moczymy nogi w jeziorze, a na końcu odwiedzamy motylarium. Jesteśmy tu całkiem sami, nie ma żadnych innych turystów. Kolejnego dnia, znów chickenbusem, jedziemy za 10 cordoba/os. do Punta Jesús María, malowniczego cypla wrzynającego się daleko w jezioro, skąd jest piękny widok na wulkan Concepción.



Ometepe jest super, ale musimy jechać dalej. Następnego dnia płyniemy promem do San Jorge, a potem busem za 10 cordoba/os. do Rivas, gdzie planujemy się przesiąść w autobus do San Juan del Sur. Zaczepia nas jednak gość, który proponuje transport za niewiele większe pieniądze, 550 cordoba/4 os., więc się z nim zabieramy. San Juan del Sur leży nad Pacyfikiem i jest mekką surferów, bo są tu duże fale, a nazwa naszego hotelu, Looking Good Surf House, do tego nawiązuje. Tego dnia kąpiemy się w basenie, zwiedzamy miasteczko i jemy kolację w lokalnej garkuchni Aura.

Kolejnego dnia jedziemy shuttlebusem za 7$/os./tam i z powrotem na plażę Maderas położoną na północ od miasta. Jest tu pięknie, wreszcie jest żółty piasek i piękne formacje skalne. Idziemy nią jeszcze dalej na północ, a potem kąpiemy się we wzburzonym oceanie. Wtem przychodzi wielka burza. Cali przemoknięci chowamy się w pobliskiej knajpie, a potem mamy problem, żeby wrócić, bo ogromne fale zalewają położoną przy skałach plażę. Udaje się i zdążamy na powrotnego busa. 

Następnego dnia wracamy do Kostaryki – najpierw taxi za 20$ do Rivas, potem autobusem Tica w pobliże miasta Alajuela (po drodze przesiadamy się jeszcze w lokalny autobus), położonego blisko San Jose, a jeszcze bliżej lotniska, z którego jutro mamy wylot do Europy. Trasa zajmuje aż 11h, bo na granicy jeden z pasażerów ma problem ze strażnikami, a potem ładujemy się w ogromny korek. Mieszkamy w hotelu La Guardia Inn&Suites.

Ostatniego dnia zwiedzamy całkiem przyjemną, zdecydowanie ciekawszą od stolicy Alajuelę – plac centralny, muzeum sztuki, katedrę i dwa kościoły. Na koniec jemy obiad w Taco Bell, gdzie jedzenie jest takie sobie. Po południu hotelowy shuttle odwozi nas na lotnisko. Nocny lot jest przyjemny, ale do czasu. Budzi nas kobiecy krzyk, bo okazało się, że na pokładzie jakiś gość zasłabł. Musiało być poważnie, bo dość długo go reanimowano, z sukcesem. Myśleliśmy, że będziemy lądować awaryjnie, ale udało się dolecieć do Frankfurtu. Tam przesiadamy się na lot do Warszawy i 5 lipca kończy się nasza przygoda. Nie tylko z Kostaryką i Nikaraguą, ale też chyba z całą Ameryką Środkową, bo zobaczyliśmy tu praktycznie wszystko, co chcieliśmy. Wygrywają Meksyk (zabytki i plaże), Belize (plaże, snorkeling) i Gwatemala (zabytki), ale nasze tegoroczne cele też są fajne. Kostaryka ma super przyrodę, a Nikaragua klimat, niskie ceny i nie jest zadeptana przez turystów.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz